Każdego tygodnia dostaję dziesiątki próśb o auto dla żołnierzy, którzy walczą na pierwszej linii i którym te auta są naprawdę bardzo potrzebne.
U mnie na podwórku stoją gotowe terenówki. I nie jedna czy dwie, a raczej pięć-sześć. Stoją i czekają. Bo Ukraińcy wprowadzili taki burdel w przepisach, że nikt nie wie, co robić.
Jednostki wojskowe coraz częściej w ogóle nie chcą wystawiać zapotrzebowań na auta. Nie wiem, dlaczego. A nawet jeśli wystawiają, to żołnierze obawiają się, że komandir im je zabierze.
Fundacje ukraińskie nie chcą już pomagać, bo boją się niejasnych przepisów i coraz częstszych kontroli.
My te auta dalej będziemy wozić żołnierzom na froncie. Bo to jest dla nich kwestia życia i śmierci.
Ale to nie powinno wyglądać tak, że ja całe dnie spędzam na ogarnianiu papierologii i kombinowaniu, jak żołnierzowi przekazać auto za darmo.
Jest wojna. To powinna być szybka formalność, a w rzeczywistości jest trudnym zajęciem na co najmniej jeden pełny etat. Coś tu bardzo nie gra po stronie ukraińskich urzędasów.
Po zawiezieniu ponad dwustu aut mam prawo to krytykować i będę o tym mówił głośno.